Placówka opiekuńczo-wychowawcza: historia Elizy

historia z domu dziecka
\"\"

Dom dziecka powinien kojarzyć się z ochroną i domem dla dzieci, które nie miały łatwego życia. Opiekunowie powinni dbać o swoich podopiecznych oraz ich wychowywać. Jednak nie zawsze tak jest. Wychowanka Eliza opowiedziała nam, jak wyglądało życie w domu dziecka. W swojej opowieści zdecydowała się ujawnić kulisy pobytu w placówce.

Eliza, gdy trafiła do domu dziecka miała czternaście lat. Mieszkała tam ponad trzy lata, więc doskonale poznała to miejsce. Z niektórymi podopiecznymi nawiązała przyjaźnie, jednak dzisiaj praktycznie z nikim nie utrzymuje kontaktu. Razem spędzili wiele chwil, ale to nie zbliżyło dzieci na tyle, żeby zawiązała się pomiędzy nimi więź.

Jedyne przyjemne wspomnienia

Siostry na co dzień zajmowały się dziećmi. To one generalnie prowadziły ośrodek. Choć oczywiście życie w placówce nie należało do najłatwiejszych, nie każda chwila była ponura. Dzieci jeździły na różnego rodzaju wycieczki, na które zapewne nie mogłyby sobie pozwolić, mieszkając ze swoją rodziną. Świętowano również urodziny, podczas których dzieci otrzymywały prezenty, a siostra zakonna odpowiedzialna za przygotowywanie posiłków robiła tort. W tych dniach zwykle panowała przyjemna atmosfera. Zdaniem Elizy jedną z nielicznych dobrodusznych osób w ośrodku była dyrektora placówki. Podczas jednej z wycieczek zakonnica kupiła im kilka ubrań i zabrała do kina.

Codzienność w ośrodku

W ośrodku opiekuńczo-wychowawczym było kilka pokoi dwu- i trzyosobowych. Tymczasem podczas pobytu Elizy w placówce przebywało z nią w pokoju czternaście osób! Prawie każdy podopieczny pozostawał w ośrodku do osiemnastego roku życia. O pobycie dziecka w placówce decyduje sąd. Okazuje się, że łatwo jest trafić do domu dziecka, jednak znacznie trudniej go opuścić i wrócić do rodzinnego domu.

Zwykle każdy dzień w placówce wyglądał tak samo. Po porannej pobudce sprzątało swój pokój, a około siódmej było śniadanie. Później podopieczni szli do szkoły, a po zajęciach wracali na obiad. Czasami, gdy lekcje trwały do późna, Eliza i jej koleżanki jadły trzy posiłki w jednym – obiad, podwieczorek i kolację. Od 16 do18 był czas na odrabianie lekcji. Po kolacji odbywały się z kolei dyżury, polegające na sprzątaniu całej placówki: zmywaniu podłóg i schodów, odkurzaniu oraz myciu okien. I tak było każdego dnia. Dodatkowo do obowiązków dziewcząt należało czyszczenie toalet. Chłopcy mieli znacznie łatwiej, gdyż w udziale przypadało im jedynie sprzątanie świetlicy i sali komputerowej. O 20. zaczynało się sprzątanie, a już godzinę później przychodziła pora spania. Nikogo nie interesowało, że ktoś późno wrócił ze szkoły i nie ma odrobionych lekcji. Bardzo często podopieczni uczyli się, jednocześnie nasłuchując kroków wychowawców.

Nieprawidłowości w placówce

Wychowawcą w placówce była osoba pozbawiona empatii, kobieta, która kiedyś sama przebywała w domu dziecka. Ona jako jedna z nielicznych nie była zakonnicą. Jak relacjonuje Eliza, pani Monika często wyśmiewała dzieci i wyzywała je. Zwykle mówiła bardzo podniesionym tonem. Dziewczyna nieraz przez nią płakała. Bardzo często miała wrażenie, że to, o czym mówi wychowawczyni jest wynoszone dalej i cała placówka o tym wie.

Eliza przytacza pewne wydarzenie, które mocno zapadło jej w pamięć. Na jednej z wycieczek płynęli na czymś, co przypominało ponton. By posuwać się naprzód, trzeba było wiosłować. Jednak Elizie nie szło zbyt dobrze. Wtedy wychowawczyni zaczęła głośno krzyczeć i mówić jej, że jest nikim. Eliza się popłakała.

Często słyszała, jak w pokoju dla wychowawców podopieczni są obgadywani. Dużą niesprawiedliwością było również nadmierne faworyzowanie pewnego rodzeństwa. Eliza poprosiła kiedyś o kupno zwykłej bluzki na ramiączkach pod galową koszulę. Jednak w odpowiedzi usłyszała, że nie mają pieniędzy. Niedługo potem przyszła jej koleżanka z faworyzowanego rodzeństwa i chciała nowe, drogie buty. Ku jej zaskoczeniu, na nie akurat środki się znalazły.

Kolejną osobą, która źle traktowała dzieci była psycholog, pani Renata. Nie umiała wysłuchać podopiecznych, kazała im ignorować swoje myśli, odczucia. Nie umiała również dochować tajemnicy lekarskiej. Każdy wiedział, co dane dziecko jej mówiło. Dużo też słyszało się zmyślonych historii. Dotyczyło to także Elizy. Były plotki, że robiła sobie nacięcia na skórze lub podcinała sobie żyły. Potem okazało się, że robił to ktoś inny.

Rodzeństwo z faworyzowanej grupy mogło o wiele więcej niż inni. Mogli np. robić sobie jedzenie sami w kuchni, dla innych to było stanowczo zabronione. Eliza nie mogła jeździć sama rowerem, nawet wzdłuż dziedzińca. Wychowawczyni nakazywała jej jeździć z dziewczyną z ich ulubionego rodzeństwa. Zawsze mówiono: \”ona jest bardziej ogarnięta, a Eliza sama bez niej się zgubi.\” Nastolatka nawet sama z psem nie mogła nigdzie wyjść.

Podcinanie skrzydeł

Eliza chciała iść do szkoły plastycznej, jednak pani Monika stwierdziła, że się tam nie nadaje. Nawet nie obejrzała jej prac. Dziewczyna czuła, że podcinane są jej skrzydła. W końcu nigdy nie podjęła się nauki rysunku, poszła do innej szkoły. Co prawda, często słyszała dobre opinie dotyczące swoich prac, jednak brak pewności siebie zmienił jej postrzeganie swoich umiejętności.

Ciekawe jest też to, że wychowawczyni twierdziła, iż szkoła oddalona o ok. dwadzieścia kilometrów leży za daleko. Jednak Ola z rodzeństwa faworyzowanego mogła iść, gdzie chce. Najpierw poszła do liceum, następnie przeniosła się do technikum fryzjerskiego. Problemem byli nie tylko pracownicy ośrodka, ale także sami wychowankowie, którzy nawzajem sobie dokuczali. Eliza była często wyśmiewana: mówiono jej, że jest gruba, że się źle ubiera albo że ma nogi jak patyki. Często też wyśmiewali jej koleżankę, w której obronie stawała. Wychowawcy wiedzieli o tym, kto komu dokucza, jednak nigdy nie reagowali.

Trudna codzienność poza domem dziecka

Bardzo znamienne w skutkach było też to, że kiedy Eliza trafiła do domu dziecka, musiała przenieść się do innego gimnazjum, znajdującego się w tej samej miejscowości, co ośrodek. Była to mała miejscowość, dlatego każdy wiedział, że dziewczyna mieszka w domu dziecka. Wyśmiewano się z niej z tego powodu. Chociaż dziewczyna nie chciała zmieniać szkoły, nikt jej nie słuchał.

W szkole średniej było trochę lepiej. Nie każdy wiedział, gdzie Eliza mieszka. Dzięki temu nikt jej nie dokuczał. Jednak jej życie już nigdy nie było beztroskie. Musiała zachowywać się wzorowo, każdy wybryk był odnotowywany w dokumentach podopiecznych. Po zajęciach dziewczyna od razu musiała wracać do ośrodka, nie mogła choćby pospacerować z koleżankami z klasy.

Eliza źle wspomina pobyt w domu dziecka. Uważa, że wychowankowie pozostawieni byli sami sobie ze swoimi problemami. Znikąd nie zaznała pomocy w tym trudnym czasie. Kobieta podkreśla, że należałoby wiele zmienić w funkcjonowaniu placówki. Kwestie wymagające poprawy to na pewno pomoc psychologiczna, sprawowanie opieki nad wychowankami czy też sposób odnoszenia się do dzieci przez pracowników ośrodka. Nasza bohaterka wyznaje, że życie w takim środowisku było dla niej bardzo trudne. Ma świadomość, że jej obecne postrzeganie siebie jest spowodowane tym, co działo się w domu dziecka. Ze względu na to, co słyszała o sobie przez te wszystkie lata, ma teraz obniżone poczucie własnej wartości.

Autor: Patrycja Żero

Fot. Canva

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *