„Diuna: Część druga” – dlaczego warto wybrać się do kina?

diuna 2 czy warto

Na ten dzień czekali wszyscy fani prozy Franka Herberta, ale też science fiction w ogóle. 29 lutego „Diuna: Część druga” w reżyserii Denisa Villeneuve’a trafiła wreszcie do naszych kin. W końcu i ja miałem okazję zobaczyć kontynuację losów Paula Atrydy. Czy warto było czekać?

Bez zbędnych wstępów: zdecydowanie warto było czekać dwa i pół roku na filmowe dokończenie najsłynniejszej powieści Herberta. Dlaczego?

„Diuna: Część druga” to film, jaki chyba każdy miłośnik kina si-fi mógł sobie wymarzyć. Pod względem technicznym: zdjęć, muzyki, dźwięku – dzieło Villeneuve’a dosłownie wgniata w fotel. Już pierwsza scena na planecie Arrakis zapiera dech i oszałamia swoim rozmachem. Podobnie jak w pierwszej części, świat z powieści Herberta przedstawiony jest niezwykle realistycznie, z wielką precyzją i dbałością o szczegóły. I o ile Arrakis swoimi pomarańczowymi piaskami przypomina nieco naszego Marsa, to w przypadku planety Harkonnenów mamy do czynienia z wykreowaniem całkowicie odmiennego od naszych doświadczeń, mrocznego, czarno-białego świata.

Władza, religia i wątki społeczne – odniesienia do naszej rzeczywistości

Ale choć kwestie techniczne są tu zdecydowanie na najwyższym poziomie, najważniejsza – jak na ogół w kinie – jest jednak historia. I ta również zdecydowanie nie zawodzi. Mamy tu drogę i przemianę głównego bohatera, który z nieco zagubionego księcia ma stać się wielkim przywódcą. Mamy też silne wątki polityczne, społeczne, religijne, a nawet feministyczne. Chani, fremeńska wybranka Paula, w filmie nie jest potulną towarzyszką w jego drodze ku wielkości. Nabiera cech kobiety niezależnie myślącej i krytycznej wobec niektórych poczynań swojego ukochanego.

Wątki społeczno-polityczne mieszają się tu z religijnymi. Pasjonująco przedstawiona jest w tym kontekście historia matki Paula i całego zakonu Bene Gesserit. Nie brakuje też jawnych odniesień do naszej rzeczywistości. Legiony formowane przez Harkonnenów jako żywo przypominają oddziały SS. Patrząc na Fremenów z kolei trudno nie oprzeć się wrażeniu, że inspiracją były tu ludy Arabskie – i to te z azjatyckiej części. Już samo określenie „święta wojna” przynosi nam wiele skojarzeń…

Różne odcienie filmu Villeneuve’a

Akcja filmu to prawdziwa jazda bez trzymanki (nomen omen jak ujeżdżanie Czerwii). Mimo jednak znacznego tempa jest kilka momentów, w których nieco zwalniamy, by nieco bliżej przyjrzeć się zwyczajom Fremenów czy relacji Paula i Chani. Z drugiej strony nie brak efektownych scen batalistycznych i trzymających w napięciu pojedynków. Ale też pojawiają się sceny humorystyczne i to – o dziwo – z udziałem granego przez Javiera Bardema fremeńskiego przywódcy Stilgara.

Trzeba dodać, że aktorstwo jest w drugiej części „Diuny” na bardzo wysokim poziomie. Bardem to klasa sama w sobie, ale i Timothée Chalamet w roli Paula czy wcielająca się w Chani Zendaya zdecydowanie sprawdzają się w swoich kreacjach. Choć chyba jeszcze bardziej przekonująco wypadają odtwórcy czarnych charakterów, na czele z Austinem Butlerem w roli psychopatycznego Feyd-Rauthy Harkonnena.

To wszystko sprawia, że trzy godziny w kinie minęły bardzo szybko i szkoda tylko, że pewnie trochę czasu minie, aż doczekamy się ekranizacji zamykającej historię Paula „Mesjasza Diuny”. Bo o to, czy powstanie raczej nie musimy się martwić. Po tak spektakularnym sukcesie, jaki film zdążył już odnieść, prace nad zamykającą częścią zapowiadanej trylogii z pewnością wkrótce się rozpoczną.

Autor: Piotr Słyszyński

Fot. Warner Bros. Pictures

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *